Hobbit: w poszukiwaniu oryginału
10 lutego 2013 o 00:10 w film, wsf

hobbit

Najnowsze dzieło Petera Jacksona, pierwsza część trylogii "Hobbit", wchodzi na ekrany polskich kin w aż sześciu wersjach. Możemy oglądać film na projekcji 2D, w stereoskopowym 3D lub w stereo 3D odtwarzanym z prędkością 48 klatek na sekundę. Gdy wybierzemy już technikę projekcji pozostaje nam zdecydować się na formę tłumaczenia: polski dubbing lub napisy. Całe to zamieszanie, poza przyprawianiem właścicieli kin o ból głowy, każe nam stawiać poważne pytania o miejsce oryginału w świecie równoległego funkcjonowania wielu wersji tego samego dzieła. Na którą wersję powinniśmy wybrać się do kina, aby być jak najbliżej oryginału? Czy którakolwiek z nich jest predestynowana do tego określenia skoro wszystkie w tym samym czasie goszczą w kinach? Poza tym: czy zamierzenia twórcy mają tutaj jakieś znaczenie?

NAPISY vs. DUBBING

Zastanówmy się najpierw nad kwestią tłumaczenia filmu. Z pewnością wszyscy zgodzą się, że oryginalna wersja językowa to ta, w jakiej film został stworzony przez producenta i reżysera. Jest z tym jednak pewien problem: będzie ona oryginalna tylko dla widza, który zna język oryginału i jest w stanie rozpoznać wszystkie niuanse językowe. Aby zbliżyć się do tego stanu widowniom w innych państwach podsuwa się różne formy tłumaczenia.

W przypadku dubbingu mamy do czynienia z usunięciem oryginalnych głosów postaci i umieszczeniem w ich miejscu głosów polskich. Z pewnością odsuwa nas to od ścieżki dźwiękowej utworzonej w pierwszej kolejności, jednak pozwala na oglądanie filmu w sposób zbliżony do widzów znających język oryginału, gdzie rozpraszać na może tylko niedopasowanie głosów do postaci (zły casting) lub do obrazu na ekranie (asynchrony, źle rozplanowane kwestie). Drugim sposobem dostarczania tłumaczenia są umieszczane na dole ekranu napisy towarzyszące oryginalnej ścieżce dźwiękowej. Rozwiązanie to, nie ingerujące bezpośrednio w dzieło filmowe (poza zasłanianiem dolnej części ekranu) znacznie zaburza jednak percepcję widza: zmuszony wpatrywać się w dół ekranu jest bardziej skłonny do przeoczenia wielu elementów filmu, mimiki aktorów, etc.

Żadne z powyższych rozwiązań nie jest idealne (pamiętajmy jednak, że oglądanie filmu bez tłumaczenia też takie nie jest, tak długo, jak nie zna się języka na odpowiednio wysokim poziomie!), wydaje się więc, że najlepsze rozwiązanie to to, które, zależnie od naszych preferencji, przybliża nas najbardziej do zamierzonych przez twórców emocji podczas projekcji. Jeśli irytują nas źle podłożone polskie głosy — powinniśmy obejrzeć wersję z napisami. Jeśli rozprasza nas zerkanie co chwilę na dół ekranu — wersję z dubbingiem. Nie ma uniwersalnego rozwiązania, żadna z wersji nie jest obiektywnie lepsza od drugiej.

3D vs. 2D

Aby zbliżyć się do odpowiedzi na zadane we wstępie pytania, powinniśmy najpierw ustalić, czy sposób kręcenia filmu (stereo 3D HFR) ma wpływ na jakość projekcji które nie uwzględniają tych formatów (projekcje 2D, stereo 3D bez HFR). Sprawa jest dość prosta w kwestii konwersji obrazu stereo 3D do 2D: standardową procedurą jest odrzucenie materiału z "jednego oka", zazwyczaj prawego. Podczas projekcji 2D widz przez większość filmu ogląda to, co w projekcji 3D trafiłoby do jego lewego oka. Poza oczywistym stwierdzeniem, że ogląda się wtedy tylko połowę nakręconego materiału warto zaznaczyć, że materiał dla każdego z oczu osobno jest czymś gorszym niż powstały z nich obraz stereo 3D - głównie ze względu na nie do końca właściwie skomponowane kadry. Każdy z nich miał pełnić swoją funkcję w połączeniu z jego odpowiednikiem z drugiego oka, osobno mogą nie wyglądać zadowalająco.

48 KL/S vs. 24 KL/S

Kolejnym elementem jest wpływ kręcenia filmu w technologii HFR na projekcje które jej nie wykorzystują. Wydawać się może, że będzie on żaden: skoro projekcja HFR zakłada wyświetlanie materiału w 48 klatkach na sekundę, a tradycyjne projekcje wyświetlają zaledwie co drugą klatkę z materiału nakręconego w HFR (co daje 24 kl/s), to wrażenia widza powinny być takie same jak na projekcji filmu który nakręcony był z tradycyjną prędkością przesuwu taśmy.

Jednak ilość klatek na sekundę przy projekcji to nie jedyny aspekt technologii HFR: wielkie znaczenie ma tu również czas naświetlania każdej klatki. Podczas gdy tradycyjnie wynosił on 1/48 sekundy (przy klatkażu 24 kl/s i sektorze 180°), podczas kręcenia HFR wynosi on zazwyczaj połowę tej wartości, czyli 1/96 sekundy. Skutkuje to charakterystycznym dla HFR wyraźnym obrazem, gdzie nawet szybkie ruchy kamery i postaci nie powodują rozmyć na ekranie. Przy projekcji takiego materiału w 24 kl/s efekt, choć nie tak intensywny, podobny jest do ujęć specjalnych z “Szeregowca Ryana”, gdzie Janusz Kamiński zastosował sektor 60° — czyli de facto skrócił czas naświetlania każdej klatki do 1/144 sekundy.

ŚMIERĆ AUTORA?

Wiemy już, że — przynajmniej w kwestii technicznej — istnieje wersja oryginalna, będąca „matką” pozostałych. Jakie to jednak ma znaczenie dla widza? Spróbujmy podążyć teraz za myślą Rolanda Barthesa i odpowiedzieć sobie na pytanie: kto tak naprawdę jest twórcą filmu? Jego producent/reżyser czy widz, podczas aktu oglądania i twórczej interpretacji dzieła filmowego? W pierwszej sytuacji nie ma wątpliwości, że oryginałem byłaby wersja stereo 3D HFR, zgodnie z intencją realizatorów. Pozostałe formaty wymuszone są działaniem rynku: nie wszyscy widzowie chcą eksperymentować z technologią HFR, podobnie nie wszyscy chcą doświadczać w kinie obrazu stereo 3D. W drugim przypadku oryginalna byłaby ta wersja, którą wybierze widz: ta, na którą świadomie zdecyduje się iść do kina. Idąc tym tropem dalej dochodzimy do metody fenomenologicznej która każe nam nazwać wersją oryginalną tę, z którą dany widz zapoznał się w pierwszej kolejności, niezależnie od tego, czy dokonał on wyboru świadomie, czy też zdecydowano za niego. Tutaj jednak znaczenia nabierają również czynniki takie jak jakość projekcji, miejsce widza na sali, etc.

Dokąd nas to prowadzi? Wracamy do pytania o to, czy intencje autora mają znaczenie. Wydaje się, że Peter Jackson dał widzom wyraźny sygnał w tej kwestii wybierając bardzo klasyczny sposób opowiadania książki Tolkiena. Jej ekranizacja to zaprezentowana z użyciem nowych technologii klasyczna baśń, która efektami 3D epatuje w nie większym stopniu, niż to miało miejsce w latach dziewięćdziesiątych z efektami komputerowymi. Peter Jackson występuje tu w roli demiurga, który ukazuje nam zamknięte i wewnętrznie spójne dzieło. Nie ma miejsca na warianty: oryginał jest jeden. Pozostałe wersje dostępne w kinach zostały wymuszone przez rynek.

Wojciech Mosiejczuk @mosiejczuk
filmowiec i romanista zainteresowany wszelkimi formami narracji, od książek po media wizualne
776
wyświetleń